Zaznacz stronę

Wszyscy moi przodkowie stali się moimi dziećmi

O genealogii, blogu i książce

Odkrywanie własnych korzeni to podróż w głąb czasu – ale także w głąb samej siebie. Dla mnie poszukiwania genealogiczne stały się nie tylko pasją, lecz także sposobem na zrozumienie rodzinnych historii, które przez pokolenia pozostawały ukryte. Dzięki nadludzkiej niemal cierpliwości, dociekliwości i godzinom spędzonym w archiwach i na wyszukiwaniu zdigitalizowanych (a w znakomitej większości nie) dokumentów, udało się odtworzyć rodzinne drzewo genealogiczne sięgające wielu pokoleń wstecz. Nie jest to proces zakończony, zapewne zawsze będzie pozostawał in statu nascendi, czyli po prostu robotą bez końca. Sama nie wiem, czy to mobilizuje do działania, czy wręcz przeciwnie. Odpowiedź chyba zależy od dyspozycji dnia. Tym bardziej, że genealogii poświęcam siłą rzeczy tylko część czasu, jest dom, rodzina, praca zawodowa, trochę snu – proza życia tu i teraz.

Postanowiłam stworzyć blog „Z młynów i chat. Kronika rodzinnych poszukiwań”, by nie poszła na zmarnowanie cała masa faktów, wiadomości, przypuszczeń i czasem nawet konfabulacji (tak, tak, zbieżność z prawdą historyczną podlega gradacji), które poznałam, a które ze względów metodologicznych nie znalazły się w publikacji książkowej „Wojewodowie z młynów i chat”. Uznałam również, że byłaby to jakaś szkoda, że znajdą się osoby, także spoza rodziny, dla których ten worek opisany jako nieszlachecka silva rerum okaże się interesujący, a może nawet inspirujący. Chcę uprzedzić, że pojawią się tu również wątki dotyczące innych gałęzi mojej rodziny, tak aby każdy jej członek mógł znaleźć coś dla siebie i nie musiał czekać na wydanie kolejnych tomów rodzinnych opowieści. Mam nadzieję, że w ten sposób choć trochę zaspokoję ciekawość tych, którzy niecierpliwie wyglądają historii swoich przodków i innych krewnych.

Skoro włożyłam tak wiele wysiłku w poznawanie rodzinnej przeszłości, chciałabym możliwie najszerzej podzielić się tym, do czego udało mi się dotrzeć, i emocjami, jakie towarzyszyły mi przy odsłanianiu niespodzianek, jakie kryje moje drzewo genealogiczne. A także opowiedzieć o tym, czy i jak wiedza o przodkach może zmienić spojrzenie na teraźniejszość. Opowiadać zawsze łatwiej, gdy jest ktoś, kto bezpośrednio dodaje otuchy i z życzliwością ułatwia snuć ciekawą narrację, strzegąc przed popadaniem w nudne wielosłowie, czego za wszelką cenę chciałabym uniknąć. Udało mi się znaleźć taką osobę.

Rozmawiamy w czasie, gdy zbliża się wydanie w selfpublishingu książki „Wojewodowie z młynów i chat. Historia rodziny z tłem”, czyli opowieść o genealogii rodziny Wojewodów z parafii Stróża i Sulmierzyce, której jesteś współautorką.

Tak, jestem jej współautorką – piszę tę książkę razem z moim tatą. Dodam jeszcze, że jest to dopiero pierwszy tom z zaplanowanego cyklu. W następnych będę zagłębiała się w historię innych gałęzi mojej rodziny, zatem i tytuły będą brzmiały inaczej. Mówię o tym na wypadek, gdyby ktoś spodziewał się takiej zwyczajnej kontynuacji.

Chciałbym zacząć od Twojego nazwiska. Jeszcze niedawno brzmiało ono inaczej. Postanowiłaś je zmienić. Dlaczego i jak ten proces jest trudny (lub łatwy)?

Jeszcze do niedawna nosiłam nazwisko, które przyjęłam po mężu. Wiele lat pracowałam na to, by wyrobić sobie na rynku pracy – a wykonuję zawód twórczy – odpowiednią markę, by zdobyć zaufanie i zapaść w pamięć ewentualnych zleceniodawców. Mówiąc krótko – zyskać rozpoznawalność. Ale małżeństwo się zakończyło i w czerwcu 2024 roku dojrzałam do decyzji, by do poprzedniego nazwiska dołączyć rodowe. Zatem rozmawiasz z Anną Wojewodą-Damasiewicz. Poszukiwania genealogiczne dają czasami niespodziewane efekty.
Sama procedura zmiany nazwiska nie jest skomplikowana – kilka podpisów, urzędowa procedura, trochę papierologii i właściwie gotowe. Jednak wyzwaniem okazała się konieczność aktualizowania wszystkich dokumentów, kont bankowych, umów. Z perspektywy genealoga – dodatkowa lekcja cierpliwości i praktyczna próba sił. Opór materii okazał się duży, choć oczywiście ostatecznie do przezwyciężenia.

Jaki był związek między taką decyzją, a badaniami nad drzewem genealogicznym?

Nie do przecenienia. Badania nad historią rodziny, poznawanie losów przodków, czyli mówiąc mniej potocznie – antenatów, sprawiły, że zaczęłam odczuwać coraz silniejszą z nimi więź. Do tego stopnia, jakkolwiek to zabrzmi, że zrozumiałam, jak bardzo moje pierwotne nazwisko jest częścią mnie. Zmiana to nie był impuls, a efekt refleksji nad tym, skąd jestem i komu chcę tę historię opowiadać.
Nazwisko Wojewoda było swego rodzaju kluczem do ukrytej lub rozmytej dotychczas rodzinnej tożsamości. Teraz, gdy do niego wróciłam, czuję, że przywracam sobie i minionym pokoleniom ważny fragment przeszłości.

Skąd wziął się sam pomysł, by zająć się badaniami, kiedy się pojawił i jak bardzo od tamtej pory zmieniło się Twoje życie?

Wszystko zaczęło się od snu. Wierz mi lub nie, ale to prawda. Jak to ze snami bywa, trudno je opowiedzieć, zwłaszcza po jakimś czasie. Ale na pewno przyśnili mi się moi przodkowie, którzy najwyraźniej oczekiwali ode mnie przywrócenia pamięci o swoich losach. Jest w tym jakaś metafizyka. To był ten impuls inicjujący, iskra.
Z czasem odkryłam, że badania genealogiczne to z jednej strony żmudne i drobiazgowe śledztwo, ale z drugiej – niewiarygodna przygoda. Każdy dokument, metryka, list czy fotografia staje się fragmentem wielkiej układanki. To trochę jak dopasowywanie puzzli, z tą różnicą, że elementy nie leżą przygotowane w pudełku.
Od rozpoczęcia poszukiwań moje życie wciąż się zmienia – stało się bardziej zorganizowane, podporządkowane celowi, ale paradoksalnie także bardziej zagadkowe i pełne zaskoczeń. Zwykła codzienność przeplata się z niezwykłą historią, a rutynowe obowiązki z godzinami poświęconymi archiwaliom.

Od czego zaczynałaś? Czy prowadziła Cię intuicja, czy też może szukałaś gdzieś rad i podpowiedzi warsztatowych, bo przecież nie jesteś ani archiwistką, ani historyczką?

Od czego zaczęłam? Właśnie od chęci i intuicji. Fakt, nie jestem archiwistką ani historyczką, a warsztatu uczyłam się metodą prób i błędów, jeśli miałam okazję – obserwując bardziej doświadczonych badaczy. Każda kolejna strona archiwalnych ksiąg, każda godzina poświęcona na poszukiwania źródłowe – to było zdobywanie nowego doświadczenia i nowych wiadomości. Legendarna włoska reporterka Oriana Fallaci w autobiograficznym „Kapeluszu całym w czereśniach” napisała: I wszyscy ci dziadkowie, babcie, pradziadkowie, prababcie, prapradziadkowie, praprababcie, praszczury i praszczurzyce, krótko mówiąc – wszyscy ci moi rodzice stali się moimi dziećmi. Ponieważ tym razem to ja ich urodziłam, dałam, a raczej przywróciłam im życie, które wcześniej od nich dostałam. I to jest zdanie, z którym się bardzo utożsamiam. Dobrze mi z taką świadomością. Warsztat jest potrzebny, ale jest coś ważniejszego. Nie ma potrzeby tego nazywać, jak sądzę. To trzeba po prostu czuć.

Czy pojawiały się momenty zwątpienia, gdy miałaś ochotę rzucić tę robotę w diabły? Co podczas poszukiwań było dla Ciebie przełomem, a co rozczarowaniem?

Momenty zwątpienia pojawiają się co i rusz, ale na szczęście szybko mijają, ustępując miejsca nagłym odkryciom. Jeden niespodziewanie znaleziony dokument lub zaskakująca wiadomość od krewnego – i oto otwierają się nowe możliwości, nowe pola do eksploracji. A do rozczarowań wracając – jednym z największych jest to, że dla wielu miejsc i okresów nie zachowały się interesujące nas dokumenty. Część zaginęła, część została zniszczona, i nie da się już nic z tym zrobić.
Nieocenionym skarbem okazała się za to rodzina, pamięć jej członków, rozmowy z nimi. To badanej przeze mnie historii nadało intensywności i barw, choć czasem były to barwy ciemniejsze.

Czy sądzisz, że badanie rodzinnej genealogii zakończy się kiedyś, czy widzisz już może kontynuatorów?

Pytanie o kres poszukiwań jest raczej pytaniem retorycznym. Nie sądzę, żeby można było kiedykolwiek powiedzieć, że już więcej dowiedzieć się nie można. Choć oczywiście upływ czasu nie pomaga, mam na myśli zwłaszcza odchodzenie kolejnych osób, które mogłyby coś jeszcze wyjaśnić. Czyli w pewnym sensie trzeba działać szybko, jak w znanym wierszu księdza Twardowskiego.
A czy dostrzegam kontynuatorów? Oczywiście! Coraz śmielej w genealogiczną układankę wkręca się moja dorosła córka. Postanowiła zgłębić losy przodków od strony ojca, z pasją i zacięciem, które niejednokrotnie mnie zaskakuje. To jej własna wyprawa, odkrywanie na swój sposób – zupełnie jak u mnie, ale z nieco innymi pytaniami i oczekiwaniami.

Jak sądzisz, czy wyniki poszukiwań mogą zaciekawić także osoby spoza Twojej rodziny? Czy znalazłaś w rodzinnych dziejach coś uniwersalnego, co może stanowić element wiedzy ogólnej, albo coś na tyle nietypowego, żeby mogło przykuć uwagę swą niezwykłością?

W rodzinnych historiach jak najbardziej są elementy uniwersalne, które mogą zaciekawić i zainspirować innych. Więc kto wie, może i w moich opowieściach ktoś spoza rodziny dostrzeże coś wyjątkowego, a to w rezultacie zainspiruje go do własnych poszukiwań? Sądzę, że właśnie ten blog – pisany trochę z przymrużeniem oka – w większym stopniu niż książka może być taką zachętą.

Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś dodać na inaugurację bloga, coś, co teraz przeoczone, później już nie będzie miało racji bytu albo się zdezaktualizuje?

Chyba taką myśl, dość ważną: genealogiczne odkrywanie to podróż bez biletu powrotnego. Tu nie ma końca – są tylko kolejne etapy, nowe pytania, następne rozczarowania i kolejne przełomy. Z każdym odkrytym tropem i z każdą spotkaną osobą rośnie poczucie zakorzenienia, duma z rodowego dziedzictwa, wdzięczność dla tych, którzy są i byli – i świadomość, że to, kim jesteśmy, splata się z pokoleniami, które przeminęły.

To takie swoiste memento, przestroga, ale i zachęta, bo jak rozumiem, teraz już nie potrafisz wyobrazić sobie życia bez tych genealogicznych poszukiwań.

Masz rację, nie mogę. Wciągnęło mnie to bezwarunkowo.

Dziękuję Ci zatem i życzę, abyś ciągle dokonywała nowych odkryć, bo w ten sposób ten blog będzie nieustannie intrygował.

Anna Wojewoda-Damasiewicz

Anna Wojewoda-Damasiewicz

Autorka

06 kwietnia, 2026

Data publikacji