O owczarzu Gawle i chęcińskiej katowni
Historie rodziny Kościelskich odc. 1
Jakżeś uciekał, czarny baranie?
Hop sasa do lasa, mościwy panie.
Pieśń ludowa
Stanisław Gaweł, syn Wojciecha i Małgorzaty z Galasków, urodził się najprawdopodobniej w roku 1782, czyli jako żywo przyszedł na świat jeszcze w XVIII wieku.
Wydarzenie to nastąpiło we wsi Cięcina w Państwie Żywieckim, bo taką to szumną nazwą określano majątek żywiecki, należący w owym czasie do „Ignacego na Żywcu i Pieskowey Skale Wielopolskiego”.
Gdy w chałupie rozlegał się płacz noworodka, w odległych niezwykle Stanach Zjednoczonych trwała właśnie wojna o niepodległość, w znacznie bliższej, choć wciąż odległej Francji bracia Montgolfier wypuścili z przydomowego ogródka swój pierwszy balon na gorące powietrze, a na dalekim południu Europy huk armat pod Gibraltarem nie milkł ani na chwilę, bo trwało jedno z najdłuższych oblężeń tamtego stulecia. Warto dodać, że w tym także czasie Imperium Rosyjskie przygotowywało się do aneksji Krymu i kolejnej wojny z Imperium Osmańskim.
Ciekawe? Ciekawe, bez dwóch zdań.
Ale malutki Staś nie miał o tym wszystkim najmniejszego pojęcia. Zaczynał dopiero swoją ziemską wędrówkę i nikt nie przeczuwał, gdzie i jak ona się zakończy.
Wiadomo było natomiast, co będzie mniej więcej robił pomiędzy jej początkiem i końcem. Otóż zajmował się będzie owcami i baranami, bo zawód owczarza przechodził z ojca na syna.
W zasadzie. Chociaż tutaj zakradł się jednak chochlik z psikusem. Ponieważ Wojciech, ojciec Stanisława, wcale jakiegoś bliskiego kontaktu z owcami nie miał. Był poważaną personą w Cięcinie, jednak z zawodu ogólnowłościańską, a nie typowo owczarską.
Ale nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość.
Staś rósł, bo czego jak czego, ale owoców pracy rąk ojcowskich na roli mu nie brakowało (początkowo mały był, to i potrzeby miał niewielkie), więc nie dziwota, że wyrósł na chłopa na schwał.
Nie zachował się – z prostej przyczyny, ponieważ nigdy nie powstał – żaden wizerunek, żaden konterfekt Stanisława, no bo kto by uwieczniał chłopską podobiznę? Przynajmniej na początku XIX wieku. A byłoby ciekawie zobaczyć owczarza na wystawie „Polaków portret własny”. Nic z tego.
Jednak możemy sobie wyobrazić, jak wyglądał, bo zachowały się opisy jego fizjonomii. Może niezbyt poetyckie, bo kreślone ręką jakiegoś policmajstra, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
I jakże wyglądał nasz Stanisław już w sile wieku? Proszę bardzo, otóż tak:
(…) w zrostu dobrego, w sobie słuszny, barczysty, włosow czerwonawych, i takichże wąsów, twarzy pociągłey, nosa dużego sciągłego, brody małey, oczów ciemno siwych (…).
Nosił się też niezgorzej, jednak bez ostentacji, bo majętny nie był:
(…) miał na sobie koszulę lnianą, spodnie płucienkowe szare w prążki niebieskie, iuż bardzo wypłowiałe, kapotę sukienną siwą nową, podszytą płótnem konopnem, kożuch roboty Ruskiej cały biały z kołnierzem czarnym, bez żadnego wyszycia, kapelusz mieyski z wysokim wierzchem już przechodzony, buty z obcasem także już przechodzone.
Na cóż mundurowy z cyrkułu ten portret Stanisława nakreślił? Nie uprzedzajmy faktów. Dopiero co się urodził, potem dorastał, krzepy nabierał, nad młodym życiem się namyślał, aż okazało się, że wyręczył go w tym namyśle sam cesarz Franciszek I z dalekiego Wiednia.
Najpewniej w 1809 roku Stanisław niezbyt dobrowolnie został wcielony do armii, która bardzo rekruta potrzebowała, bo ktoś przecież musiał nadstawiać karku w bojach z wojskami Napoleona. I z wojskami Księstwa Warszawskiego rzecz jasna.
Widocznie jednak Stanisław nie zagustował w wojaczce, bo już po roku zdezerterował. W 1810 roku znajdujemy go we wsi Tur, w której w nieznanych nam bliżej okolicznościach zostaje owczarzem.
Owczarz to było całkiem intratne zajęcie, bo jak powiada stare porzekadło: Kto ma owce, ten ma co chce! Nie bez znaczenia był też zapewne fakt, iż mający urzędową moc kontrakt owczarski pozwalał uniknąć służby wojskowej. Ot, co!
Takie to sprzyjające okoliczności sprawiły, że Stanisław w niedługim czasie okrzepł i zarobił dość grosiwa, żeby zacząć poważnie myśleć o żeniaczce. I gdy nastał ku temu odpowiedni czas, postanowił ożenić się z moją pra-pra-prababką Julianną z domu Piela.
Nim jednak doszło do ślubu, pan młody musiał dopełnić pewnych formalności urzędowych, o czym świadczy zachowana allegata, sporządzona przez zastępcę Sędziego Pokoju Józefa Majewskiego z 3 września 1812 roku, której grzechem byłoby nie zacytować:
(…) stawił się osobiście Stanisław Gaweł w Wsi Turze powiecie tym zamieszkały, że za granicą urodzony Metryki mieć nie może żąda aby mu Akt Znania był wydany w celu wnijścia w Związki Małżeńskie, do tego przedstawia świadków, Jakuba Jędrzejaka ze Strzeszkowic owczarza i Jana Smolińskiego z Opatkowic Drewnianych owczarza (…), którzy osobiście stawiwszy się zeznali, iż Stanisław Gaweł iest synem Woyciecha i Margorzaty Gawłów w Wsi Wcięcinach Państwie Żywieckim zostających na roli będących i z tego się utrzymujących (…), ma lat teraz trzydzieści, był w Woysku austryackim i z Woyska w krótce dezerterował i tu drugi rok iest za owczarza w Wsi Turze, z czego się utrzymuje. (…)
Ślub Stanisława i Julianny odbył się 13 lutego 1814 roku we Wrocieryżu w województwie świętokrzyskim, wsi nieodległej od Turu.
Panna młoda miała lat dziewiętnaście, pan młody wziął niedawno na kark czwarty krzyżyk, czyli można powiedzieć, że para dobrana idealnie – pod względem wieku w każdym razie.
Poza tym Julianna pochodziła z owczarskiej rodziny, więc świeża profesja męża znana jej była od wełnianej podszewki. I to mógł być bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy argument za ożenkiem z nią przemawiający. Ta niezwykła zgodność nie mogła nie zaowocować udanym potomstwem: pierwszy narodził się Jan (1819), po nim Agnieszka (1822), i wreszcie Antoni (1825). Nie ma pewności, że to cały przychówek Gawłów, ale brak sprawdzonych informacji o liczniejszej progeniturze.
I oto właśnie w roku narodzin Antoniego doszło do wydarzeń brzemiennych w skutki. Wydarzeń, które zaważyły na losach Stanisława w sposób dramatyczny. I które doprowadziły do powstania przedstawionego wyżej opisu.
We wrześniu 1825 roku Stanisław został oskarżony o to, że na jarmarku we Wrocieryżu sprzedał Antoniemu Jasińskiemu, rzeźnikowi ze Skalbmierza, osiemnaście skradzionych owiec. W owym czasie służył w majątku należącym do Gintowt-Dziewałtowskich herbu Trąby, i mieszkał z Julianną we Wrocieryżu pod numerem ósmym.
Ponieważ po wniesieniu rzeczonego oskarżenia do odpowiednich władz Stanisław nie został od razu aresztowany, zyskał w ten sposób czas, który sprytnie wykorzystał i z Wrocieryża zbiegł. Pomogła mu w tym prawdopodobnie żona, a moja pra-pra-prababka, co potwierdzają zachowane akta śledztwa.
Za Stanisławem wystawiono oczywiście listy gończe, które drukowano w „Gazecie Warszawskiej” oraz „Dzienniku Urzędowym Woiewództwa Krakowskiego” zarówno w 1825 jak i 1826 roku.
Nic nie trwa wiecznie, więc i gigant Stanisława zakończył się po niespełna dwóch latach. Został schwytany w nieznanych niestety okolicznościach i osadzony w więzieniu w Chęcinach.
Tamtejsza katownia powstała na mocy dekretu Cara Aleksandra I w 1817 roku w budynkach skasowanego zakonu Franciszkanów. Bezpośrednim wykonawcą woli cara był znany skądinąd generał Józef Zajączek, sprawujący urząd namiestnika.
Okres rozkwitu więzienie w Chęcinach (o ile w ogóle można posłużyć się tego typu wyrażeniem) przeżywało po upadku powstania listopadowego, a potem styczniowego. Dorobiło się sławy jednego z najokrutniejszych na ziemiach polskich i przetrwało aż do 1927 roku. Jednak to już zupełnie inna opowieść.
Śledztwo w sprawie rzekomej kradzieży owiec toczyło się długo, bo jak wiadomo, młyny sprawiedliwości mielą powoli. Niestety, czasami zbyt wolno.
Czy Stanisław był winny i słusznie poddany represjom? Czy może oskarżenie było nieprawdziwe i krzywdzące?
Nie dane mi było (nikomu innemu także) dowiedzieć się, ponieważ brak jakichkolwiek dokumentów rozstrzygających ostatecznie tę kryminalną sprawę. Dodajmy, że procedował urząd o urokliwej nazwie „Sąd Sprawiedliwości Karzącey Woiewodztw Krakowskiego i Sandomierskiego”.
Stanisław w nieznanych okolicznościach zmarł w więzieniu 22 sierpnia 1828 roku, pozostawiając na świecie owdowiałą żonę oraz dziatki, dzięki czemu ta gałąź mojej rodziny mogła się dalej rozrastać.
Historia, nieczuła na zgon Stanisława, toczyła się niezmiennie dalej. W roku jego śmierci dekretem cara Mikołaja I utworzono Bank Polski, centralną instytucję finansową Królestwa Polskiego. Ponadto powstało Sprzysiężenie Wysockiego, które stało się zalążkiem powstania listopadowego. W odległej Ameryce prezydentem został Andrew Jackson, a znacznie bliżej, choć też niewyobrażalnie daleko – rozpoczęła się wojna pomiędzy Imperium Rosyjskim a Imperium Osmańskim.
Ale słowo jeszcze o Juliannie, owdowiałej w kwiecie wieku. Otóż ta zaradna pra-pra-prababka moja (co nie bez dumy podkreślam) nie spoczęła na laurach, tylko poślubiła Józefa Kościelskiego.
Tak, Julianna i Józef doczekali się jeszcze potomstwa, za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Jednak ich losy przedstawię w absolutnie oddzielnym wpisie, bo uważam, że oboje są tego warci i coś im się ode mnie specjalnego należy.

Anna Wojewoda-Damasiewicz
Autorka
06 kwietnia, 2026
Data publikacji