O Juliannie z Winiar
Historie rodziny Kościelskich odc. 2
Da ja sobie owcarecka,
mam pieniędzy pu-worecka.
Nikomu ich nie pozycę,
będę miała na spódnicę.
Na spódnicę, na korale,
żadnemu ich nie pozwolę.
A ja sobie owcarzówna,
nie tobie ja chłopie równa.
Pieśń pasterska z kieleckiego
Julianna Piela, czasami pojawiająca się w dokumentach także jako Julianna Pilla, a w panieństwie zwana zapewne Pielanką, urodziła się 19 lutego 1795 roku – roku III rozbioru Rzeczypospolitej Obojga Narodów – w Winiarach, wówczas jeszcze zupełnie niezwiązanych z produkcją majonezu.
Była córką Błażeja Pieli i Katarzyny de domo Strachoszczonki, pary, która pobrała się w Kalinie Wielkiej 28 lutego 1785 roku, a już dwa tygodnie później powitała na świecie pierwsze dziecko, Mariannę. Tempo błyskawiczne, ale nie ma co się dziwić, ponieważ Błażej był jurnym góralem, przybyłym najpewniej z Państwa Żywieckiego, i jak to góral – zajmował się owczarstwem, a życia rodzinnego, jak widać, także nie zaniedbywał.
Rodzina Pielów szybko się rozrastała. Julianna miała co najmniej jedenaścioro rodzeństwa: Mariannę (I, 1786), Mateusza (1788), Magdalenę (1790), Helenę (1792), Katarzynę (1793), Annę (1796), Teresę (1798), Franciszka (1800), Wincentego (1802), Mariannę (II, 1803) oraz Mariannę (III, 1807).
Dwie pierwsze Marianny zapewne zmarły przedwcześnie – w ówczesnej praktyce nadawano imiona zmarłych dzieci kolejnym, jakby próbując oszukać śmierć.
Gdy Julianna wyrosła na pannę na wydaniu, w jej życiu pojawił się Stanisław Gaweł, którego burzliwe losy opowiedziałam w oddzielnym wpisie. Przeżyła z nim 14 lat, lat niespokojnych, naznaczonych wojenną zawieruchą. Owdowiała 22 sierpnia 1828 roku, gdy Stanisław zmarł w chęcińskim więzieniu, jednym z najcięższych na ziemiach polskich, zostawiając Juliannę z dziećmi i – jak się okazało – również sercowym sekretem.
Bo oto kilka miesięcy wcześniej, 25 maja tego samego roku, we wrocieryskich księgach pojawił się wpis o narodzinach dziecka płci męskiej, Felixa. Jego przyjście na świat zgłosiła akuszerka Regina Miotełczyna, a rodzicami chrzestnymi chłopca zostali pisarz dworski Dionizy Królikiewicz i guwernantka Maryanna Majewska – osoby zdecydowanie z „górnej półki” lokalnej hierarchii.
W akcie tym zapisano: (…) dziecię płci męzkiey urodzone tu w Wrociryżu w Domu pod numerem dwudziestym siódmym dnia wczorayszego o godzinie siódmey z rana z Julianny z Pielińskich Gawliński lat trzydzieści liczącey tu w Wrociryżu Kaczmarki, urodzone dziecię iest oyca niewiadomego, gdyż mąż pomienioney Julianny Stanisław Gawlinski Religii Katolickiej z professyi owczarz więcey od roku uwięziony w Kryminale zostaie (…).
Juliana, według wszelkiego prawdopodobieństwa, uwikłała się w znajomość, która miała dla niej bardzo konkretne konsekwencje, a już bez krztyny wątpliwości jej pozycja społeczna była znacząca: prowadziła karczmę, a jej nieślubnego syna trzymali do chrztu przedstawiciele miejscowej elity – pisarz i guwernantka.
Felix w dorosłym życiu trzykrotnie wszedł w związki małżeńskie, osiadł ostatecznie w Piekoszowie i umarł tam w 1894 roku, zostawiając po sobie liczne ślady w księgach, ale nie w rodzinnych opowieściach.
Owczarskie doświadczenie Julianny to też nielicha historia!
Jej rodzice i krewni pracowali kolejno w dobrach Chwalibogów, Wielopolskich i zatrudniali się u dzierżawców królewszczyzn. W owych czasach owczarz nie tylko pilnował owiec, ale bywał lokalnym specjalistą od ziół, chorób, pogodowych katastrof i – niestety – najrozmaitszych zabobonów.
W „Materyjałach do etnografii ludu polskiego z okolic Pińczowa” ksiądz Władysław Siarkowski z notariuszowską dokładnością spisuje owczarskie wierzenia: owce miały „źle się kocić”, jeżeli w owczarni gwizdano, a kto z kolei chciał się szybko nauczyć gwizdania na palcach, powinien zjeść dziewięć owczych bobków – metoda zapewne skuteczna, bo raczej rzadko powtarzana.
Ponadto:
Jeżeli który z zawistnych owczarzy podłoży pod próg owczarni trupa żydowskiego, to w tej owczarni wyzdychają owce. Zaradczy środek na to: iść na cmentarz chrześciański i żydowski (najlepiej o północy); z grobu chrześciańskiego, na którym krzyż stoi, wziąć mchu, a z grobu żydowskiego wziąć pniak, następnie mech z pniakiem gotować i tą wodą owce pokropić.
Nie pominął owczarzy w swoich dziełach legendarny badacz folkloru polskiego Oskar Kolberg. Według jego obserwacji mieli wielki wpływ na lud, a ich rady w chorobie przedkładano nad zalecenia lekarzy.
Ludzie ciemni lub bardzo małej oświaty, prawdziwie ewangieliczną wiarę pokładają w owczarzach, wspierając się na tym pewniku, że oni znają się na ziołach mogących przynieść ulgę w licznych chorobach. Z tego też powodu, rady lekarzy bywają zupełnie pomijane przez zabobonnych włościan. (…) Chorobę zwaną kołtunem, dość często pojawiającą się w okolicach Kielc, szczególniej koło gór Świętokrzyzkich, żaden lekarz krom samego owczarza, według twierdzenia ludu, nie potrafi uleczyć. Toż samo mniemanie rozciągają do suchot, paraliżu i artretyzmu.
Owczarze – według wierzeń – potrafili również odpędzać burze, zawieje śnieżne, wichry, pioruny, grad i wściekliznę, a przy tym stosować zażegnywania z udziałem komunikantów, wosku z paschału czy… fragmentów odzieży wisielców. To tylko parę przykładów świadczących o roli i miejscu owczarzy w społeczeństwie i ich umiejscowieniu w panopticum figur znaczących dla polskiej wsi.
Choć przyznam, że nie mogę powstrzymać się od jeszcze kilku krótkich, jednak wybornych cytatów, dotyczących owczarskich praktyk:
Szynkarz chcący mieć odbyt na wódkę, powinien strzęp z odzieży wisielca włożyć do beczki, w której się okowita lub wódka znajduje.
Człowiek bojaźliwy, aby się stał odważnym, powinien ząb zmarłego nosić przy sobie.
Chcąc obudzić szalone przywiązanie jakiej osoby do siebie, powinien ów człowiek pot z ciała swego zebrać i takowy w ośródce chleba podać tej osobie do zjedzenia.
W takim świecie dorastała, a później żyła z pierwszym mężem Julianna: między owcami i baranami, zaklęciami przeciw strupom, a ciężką, wędrowną pracą pasterskich rodzin, przenoszących się z majątku do majątku za zarobkiem.
To doświadczenie przydało się jej bardziej, niż mogłaby przypuszczać – bo kiedy życie wyprowadziło ją z owczarni, zaprowadziło prosto za szynkwas.
Ale o tym będzie już następnym razem.

Anna Wojewoda-Damasiewicz
Autorka
06 kwietnia, 2026
Data publikacji