Zaznacz stronę

W świętokrzyskiej karczmie

Historie rodziny Kościelskich odc. 3

Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejza, hola!

Adam Mickiewicz, „Pani Twardowska”

Zaledwie trzydzieści trzy wiosny liczyła Julianna, kiedy została wdową – przynajmniej oficjalnie, wedle dokumentów. Jednak przez ponad rok jej mąż siedział w chęcińskim kryminale, więc z praktycznego punktu widzenia wdowieństwo zaczęła ćwiczyć wcześniej, łącząc samotne wychowywanie dzieci, prowadzenie domu i – co szczególnie istotne – karczmy.

Przyznać trzeba, że niedługo bez męża pozostawała, ponieważ gdy tylko zakończyła się obyczajem określona żałoba, już na zapowiedzi dała. 6 lipca 1829 roku we Wrocieryżu poślubiła Józefa Kościelskiego, kawalera młodszego od niej o osiem lat, pochodzącego z wielodzietnej rodziny z okolic Mieronic. Partia z Julianny była najwidoczniej niezła, dlatego mój pra-pra-pradziadek z determinacją i – co ważniejsze – z powodzeniem smolił do wdowy cholewki.

Akt ślubu głosił:

Działo się we Wsi Wrociryżu dnia szostego Miesiąca Lipca Roku tysiąc osmset dwudziestego dziewiątego o godzinie piątej po południu.
Wiadomo czyniemy iż w obecnosci swiadkow Stanisława Brzezinskiego lat trzydziesci cztery liczącego Ogrodnika tu w Wrociryżu, i Wojciecha Mrzygłodzkiego lat maiącego dwadziescia szesc Owczarza we Wsi Niegosławice zamieszkałych, (…) zawarte zostało Religijne Małżenstwo ktorego Obrządek Koscielny podpisany sprawował między Jozefem Koscielnickim Religii Katolickiej Młodzianem tu w Wrocieryżu pod Numerem drugim w Plebanii słuzącym urodzonym we Wsi Kręzołach z Andrzeia i Margorzaty z Janoszków Małżonków Koscielnickch tamże we Dworze w służbie zostaiących, lat dwadzieścia szesc liczącym, a Julianną Gawlenską Religii Katolickiej tu w Wrociryżu pod numerem piątym zamieszkałą wdową po Stanisławie Gawle Owczarzu tu w Wrociryżu zamieszkałym a w roku tysiąc osiemset dwodziestym osmym dnia dwodziestego drugiego Miesiąca Sierpnia w Mieście Chęcinach w Więzieniu zmarłym córką Błażeia i Katarzyny z Strachotow Małżonkow Pielinskich Owczarzy we Wsi Szaniec zamieszkałych urodzoną we Wsi Winiarach, lat trzydziesci trzy liczącą. Małzenstwo to poprzedziły trzy Zapowiedzi w Parafii Wrociryskiej w dniach czternastym dwodziestym pierwszym i dwodziestym osmym Miesiąca Czerwca roku biezącego Oyciec nowo zaślubionej nie zyie a Matka w innym Powiecie zamieszkała i dla słabosci zdrowia bydź obecna aktowi Małzeństwa nie mogła, rownie i Ojciec nowo zaslubionego z tego samego powodu i przyczyny stawic się nie mogł Matka zas jego nie zyie. Tamowanie Małzeństwa nie zaszło Małzonkowie nowo zaslubieni oświadczaią, iż nie zawarli mowy przedslubnej. Akt ten stawaiącym i swiadkom przeczytany, przez stawaiącego podpisany świadkowie pisać nie umieią.

Józef na chleb zarabiał posługując w tejże właśnie parafii u ks. Jakuba Karola Januszowskiego, profesora teologii z konwentu św. Jadwigi w Krakowie i budowniczego nowego kościoła we Wrocieryżu. Nie trwała ta posługa nadmiernie długo, ponieważ po kilku latach, jak na lojalnego i oddanego męża przystało, wsparł swoją połowicę i sam także karczmarstwem się zajął.

Karczma Julianny i Józefa była zapewne czymś w rodzaju wiejskiego supermarketu w wersji XIX wiecznej. W jednym miejscu można było kupić sól z dworskim narzutem propinacyjnym, wypić piwo czy gorzałkę, zjeść śledzia albo kawałek mięsa z własnego uboju karczmarza, a na dokładkę zabrać do domu chleb – nierzadko pieczony na miejscu. Zamożniejsi goście przywozili co prawda własny prowiant, nie ufając do końca zdrowotnym atrybutom odgrzewanego bigosu, ale i tak prędzej czy później lądowali przy szynku, gdzie karczmarz rozpisywał kredyt „na kieliszek” i doglądał, czy konie mają paszę. Do tego wachlarza usług wędrowni handlarze dokładali wstążki, płótna, pończochy, garnki, beczki i tajemnicze pakunki, o które lepiej było nie pytać – bo karczma z definicji była również ulubionym adresem paserów i cichych interesów na zapleczu.

Z cyklem roku wiejskiego związana była cała reszta: wesela, na które wpadano prosto z kościoła „na trzy tańce”, stypy po pogrzebach, zapustne hulanki w ostatki, i wyżynki z fundowaną przez dwór wódką. W izbie karczemnej grali skrzypkowie i dudziarze, których obowiązkiem – podobnie jak Julianny – było rozkręcać tempo zabawy, a karty, kości i inne gry zręcznościowe rozgrzewały atmosferę równie skutecznie jak piec. Nic dziwnego, że meble i podłogi nie zawsze wytrzymywały niszczącą moc obertasów, a w przysłowiach utrwalił się obraz karczmy jako miejsca szczególnej równości, gdzie „nie masz pana” i nawet najbardziej stateczny gospodarz mógł na chwilę zapomnieć, kim jest, zanim wrócił do domu z opróżnioną kiesą i ciążącą głową.

Karczma była czymś więcej niż tylko biznesem: często lokalnym hydeparkiem, wylęgarnią plotek, miejscem, w którym urzędnicy załatwiali sprawy, a sądy gromadziły się, gdy brakło miejsca u wójta czy na plebanii.
Przez szynk Kościelskich najpewniej przewijali się nie tylko włościanie z okolic, ale też podróżni, urzędnicy, czasem wojskowi. Liczne historie z karczm przypominają, że nierzadko kończyło się to bójkami i lokalnymi skandalami.

Kolberg tak między innymi opisywał funkcję karczmy w ówczesnej społeczności wiejskiej:

Chłop stanąwszy przed karczmą, schodzi z woza, zostawia konie na dworze, poruczając je, gdy jest sam, Opatrzności boskiej; a jeżeli z żoną, swej kobiecie jak ją nazywa, która zazwyczaj nie długo sama zabawi, bo albo już znajduje towarzystwo, albo też wkrótce nadjedzie jej komoszka ze swoim, nielubiącym także mijać karczmy. Tu między niemi na wozie zaczyna się gawędka o domowej biedzie, o sąsiadkach, o przedaży w mieście; i na tej gadułce schodzi chwila za chwilą, godzina za godziną, a mężowie niecnoty, jak siedzą tak siedzą w karczmie i kieliszkami dzwonią. Już też nakoniec i mrok zapada, czas do domu, ciemno będzie jechać. Tak więc biedne żony, nie mogąc się doczekać swych mężów, idą ich wołać i wywabiać z karczmy. Lecz zazwyczaj po ich przybyciu ożywia się zabawa. „Do was, komoszko” odzywa się zwykle jeden z sąsiadów, „wypijcie do waszego: dalej karczmareczko, nalejcie jeszcze półkwaterek; dobry trunek na frasunek”. Kobieciska wrzkomo się zbraniają, gniewają się na mężów, przeklinają ich; ale niebogie, cóż mają robić? – popijają po trochu, a ożywiona rozmowa toczy się daleko głośniej. Lecz nakoniec już się przebiera miarka, a może i grosze w kieszeni; wtedy to żony, zazwyczaj trzeźwiejsze od swych mężów, biorą ich gwałtem i wyprowadzają, nie bez oporu i szamotania się, z karczmy, i z biedą wsadzają na wozy. Ta komiczno-tragiczna scena powtarza się za każdą razą, kiedy wieśniak powraca do domu z targu lub jarmarku, na którym udało mu się sprzedać wierteł żyta, kilka snopków lub bydlę jakie. W karczmie on zostawia wszystek swój sprzęt i zarobek, swą całoroczną pracę i ciężkie znoje. Wszystko to owa karczma pochłonie, jak owa Charybdis, bez powrotu. Hinc illae lachrymae!

Julianna i Józef wpisali się w ten świat idealnie. W 1830 roku urodził się ich syn Ludwik, mój prapradziadek. Zaś w 1834 roku w Michałowie, gdzie Józef był karczmarzem, przyszła na świat Marianna, a jej chrzestnymi zostali miejscowi notable – wielmożna Henryka Tomicka i Julian Orlikowski, kapitalista z Zagaja. W 1839 roku w Mierzwinie urodziła się Agnieszka, a Józef opisany został jako propinator w Zagaju – dzierżawca monopolowego wyszynku napojów alkoholowych.

Mapa ich wspólnego życia rodzinno-zawodowego układa się w gęstą sieć świętokrzyskich wsi. Wrocieryż, od którego wszystko się zaczęło, był w 1827 roku osadą liczącą 30 domów i 260 mieszkańców, a wraz z folwarkiem Jelcza Wielka stanowił własność Gintowt‑Dziewałtowskich – tych samych, u których wcześniej służył owczarz Gaweł.
Michałów, gdzie później prowadzili szynk, to na początku XIX wieku zaledwie pięć domów i 82 dusze, niewielka wieś Dembińskich z kościołem.
Zagajów, przeciwnie – wyrósł na spory, ruchliwy ośrodek: na początku XIX wieku należał do Tomickich, mieszkało w nim około 220 osób w 27 domach i rozwijało się tam rzemiosło.
Z takimi właśnie dziedzicami – Gintowt‑Dziewałtowskimi, Dembińskimi, Tomickimi – Józef musiał podpisywać kolejne kontrakty na prowadzenie karczm, przenosząc się wraz z Julianną z jednego folwarcznego świata do drugiego.
Na końcu tej wędrówki pojawiły się Opatkowice Drewniane, wieś oddalona o dziesięć kilometrów od Jędrzejowa, należąca wówczas do rodziny Jordanów. W tych dobrach Józefowi przyszło zakończyć intensywne życie.

Mąż Julianny umarł tam 16 grudnia 1848 roku, mając zaledwie czterdzieści pięć lat. Być może przyczyną była szalejąca wtedy epidemia cholery, która latem 1848 roku uderzyła w ziemię świętokrzyską z pełną siłą – w guberni radomskiej zachorowało wówczas ponad 4200 osób, z czego połowa nie przeżyła, a dokładnie śmiertelność sięgnęła nawet 53 procent. Karczma, jako miejsce spotkań podróżnych, wędrownych handlarzy i lokalnej gromady, była idealnym ogniskiem zakażeń – nie bez powodu w czasie epidemii zamykano wyszynki, wstrzymywano jarmarki, a nawet zawieszano życie religijne i cechowe, by przerwać epidemiczny łańcuch. Czy Julianna i Józef musieli zamknąć szynk już latem, gdy władze dekretowały kordony i kwarantanny, a jesienią 1848 roku ludność dziesiątkowały dodatkowo grypa, tyfus, szkarlatyna, odra i czerwonka? W akcie zgonu Józef jest już tylko zagrodnikiem, mimo że rok wcześniej Julianna figurowała jeszcze w aktach jako karczmarka – może to ślad po przymusowym zawieszeniu ich propinacyjnej kariery? Tego już się raczej nie dowiemy.

W kolejnych aktach Julianna pojawia się jako karczmarka w Zagaju i w Opatkowicach Drewnianych, i wciąż jako Gawłowa – nazwisko po pierwszym mężu tak do niej przylgnęło, że nawet po ślubie z Kościelskim w dokumentach nadal była „Julianną z Pielów Gawłową”.
Tak więc przeżyła również Józefa – wiadomo, że żyła jeszcze w 1856 roku, kiedy ich syn Ludwik brał ślub, ale dokładna data jej śmierci pozostaje na razie nieznana.

Jej los może nie miał światowego blichtru, ale wydaje się, że na tle epoki i w okolicznościach, w jakich dane jej było funkcjonować, Julianna spędziła swój ziemski czas stosunkowo szczęśliwie, znajdując radość w tym, co przynosiła codzienność.

Anna Wojewoda-Damasiewicz

Anna Wojewoda-Damasiewicz

Autorka

06 kwietnia, 2026

Data publikacji