O doktorze z Placu Reymonta
Historie rodziny Wojewodów odc. 1
Czy nie jest naszym obowiązkiem szerzyć higienę tam, gdzie nie tylko jej nie ma, ale gdzie panują stosunki tak okropne? Któż to ma czynić, jeśli nie my? (…) Praca nasza jest to walka ze śmiercią. Co może się porównać z pracą lekarza?
Stefan Żeromski, „Ludzie bezdomni”
Władysław Grzesiak był najmłodszym dzieckiem Józefa i Anny z Ostrowskich. Był również wnukiem moich pra-pra-pradziadków – Mikołaja Ostrowskiego i Katarzyny z Szymczaków.
Z najmłodszymi w rodzinie różnie bywa. Jedni zostają domowymi beniaminkami, inni przez lata noszą na sobie ciężar cudzych oczekiwań. Władzio, jak wszystko na to wskazuje, trafił całkiem szczęśliwie.
Przyszedł na świat 7 stycznia 1896 roku we wsi Ostrołęka w gminie Zamoście, na terenie noworadomskiego ujezdu guberni piotrkowskiej, pod zaborem rosyjskim rzecz jasna. W czasie jego narodzin gdzieś tam na horyzoncie majaczył już wiek dwudziesty. W Atenach dopinano właśnie przygotowania do rozpoczęcia pierwszych nowożytnych letnich Igrzysk Olimpijskich, a francuski uczony Henri Becquerel odkrywał zjawisko radioaktywności. Jak widać, zbliżający się nowy wiek premiował zdrowie i wykształcenie. Jakby przeczuwając nadchodzące czasy, Władzio zdecydował więc postawić na edukację. O jego pierwszych szkolnych latach wiadomo niewiele, ale pewne jest, że miał w sobie zapał i upór, który później niejedno mu w życiu ułatwił.
Tak to przedstawiał we własnoręcznie napisanym we wrześniu 1921 roku życiorysie, znajdującym się wśród dokumentów dostarczonych w ramach aplikacji na studia uniwersyteckie:
Ukończywszy szkołę powszechną w Ostrołęce, złożyłem egzamin do gimn. p. Antoniego Żylińskiego w Radomsku i uczęszczałem przez 2 lata tj. do rozpoczęcia wojny. Po dwuletniej przerwie, która nastąpiła wskutek wojny, wstąpiłem do kl. 3ciej gimn. p. Stanisława Niemca w Radomsku, gdzie uczyłem się do roku zeszłego.
Podczas najazdu bolszewickiego wstąpiłem do wojska jako ochotnik i służyłem trzy miesiące. Po zwolnieniu z wojska złożyłem egzamin dojrzałości w czerwcu 1921 r.
Władysław nie rozpisywał się o swoich wojskowych doświadczeniach, ale zachowane dokumenty świadczą, że od 20 lipca do 19 października 1920 roku służył w Batalionie Zapasowym 26. Pułku Piechoty stacjonującym w Radomsku. Trzy miesiące w skali życia człowieka wydają się epizodem, ale w tamtym momencie historii ważyły zapewne bardzo dużo.
Powyższy wyjątek z życiorysu jest też dziś świetnym drogowskazem ułatwiającym poruszanie się po plątaninie radomszczańskich szkół. Władysław chodził jeszcze do gimnazjum prowadzonego przez Antoniego Żylińskiego, który przejął i rozwinął założoną wcześniej przez Feliksa Fabianiego szkołę, przekształcając ją w progimnazjum, a następnie gimnazjum. Po wojnie tradycję tę kontynuowało już Społeczne Gimnazjum Męskie im. Feliksa Fabianiego – do „Fabianiego” w tej powojennej odsłonie uczęszczał w latach dwudziestych mój dziadek Kazimierz Wojewoda, natomiast Władysław Grzesiak po przerwie wojennej ukończył gimnazjum humanistyczne prowadzone przez Stanisława Niemca.
Po uzyskania matury, Władysław wyruszył na podbój stolicy niepodległej już Polski i złożył papiery na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Wiadomo, że w Warszawie zamieszkał w Alei 3-go Maja pod numerem 9. To adres na Powiślu, w bezpośredniej bliskości Mostu Poniatowskiego. Może nie najbardziej prestiżowy, ale z pewnością zupełnie odpowiedni dla studenta, który miał stamtąd jakieś 20 minut piechotą na uczelnię.
Uniwersytet Warszawski mógł robić na przyjezdnym duże wrażenie. Nie był pojedynczym gmachem przy Krakowskim Przedmieściu, lecz całym zespołem budynków rozciągających się aż po skarpę wiślaną. Mimo bliskości ruchliwej ulicy, tworzył zaskakująco spokojną zieloną enklawę, sprzyjającą nauce i studenckiemu życiu.
Jednak mimo pięknego otoczenia, studenci musieli mierzyć się z utrudnieniami w nauce. Kampus pękał w szwach i nie był w stanie pomieścić rosnącej rzeszy młodzieży. Władze uniwersyteckie alarmowały o „zastraszającej ciasnocie”, a przyszli lekarze często odbywali zajęcia nie w aulach wykładowych, ale na stojąco w salach chorych.
Studia okazały się nie tylko wyzwaniem intelektualnym, ale i finansowym. Już na trzecim semestrze, w lutym 1923 roku, Władysław zwrócił się do rektora z prośbą o odroczenie terminu wniesienia czesnego, tłumacząc, że nie jest w stanie uiścić opłaty z powodu braku pieniędzy. Problemy materialne towarzyszyły mu zresztą przez większą część studiów. We wrześniu 1922 roku zmarł jego ojciec, Józef. To na pewno nie pozostało bez wpływu na zasobność pugilaresu Władysława.
Jak finansował naukę? Przynajmniej częściowo wiemy. W roku akademickim 1927/28 pobierał stypendium Sejmiku Radomskowskiego, a równocześnie mieszkał przy ul. Grójeckiej 39 m. 16, w akademiku związanym z Bratnią Pomocą Studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Wszystko wskazuje na to, że nie był to przypadkowy adres, lecz miejsce przydzielone w ramach systemu wsparcia dla studentów znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej. Rozbudowa Kolonii Akademickiej przy Grójeckiej – pierwszy pawilon poświęcono w styczniu 1925 roku, drugi otwarto w lutym 1926 roku – pozwoliła Bratniej Pomocy znacznie zwiększyć liczbę takich przydziałów. Organizacja ta stanowiła wówczas coś więcej niż tylko stowarzyszenie studenckie – tworzyła cały system wsparcia dla uboższych żaków. Obejmował on pożyczki na czesne, ulgowe i bezpłatne obiady, wydawanie zaświadczeń o niezamożności, pomoc w podsekretariatach przy wydziałach i pośrednictwo pracy. Oraz akademiki właśnie, które wyglądały i funkcjonowały zapewne według wspólnego wzorca: Centralne ogrzewanie, oświetlenie elektryczne, łazienki przy każdym lokalu, z gazowym piecem kąpielowym, zapewniają wygody mieszkańcom. Oprócz mieszkania studenci otrzymują śniadania i kolacje. Na śniadanie bywa przeważnie krupnik, na kolację jarzyna, szklanka herbaty i 1 1/4 f. chleba. Dla studentów pożądane luksusy.
Studiowanie medycyny wymagało niemałej wytrwałości. Wydział Lekarski należał do najbardziej rozproszonych jednostek Uniwersytetu Warszawskiego. Zajęcia odbywały się nie tylko na głównym kampusie, lecz także w klinikach, szpitalach i zakładach rozsianych po całym mieście. Przyszli lekarze przemieszczali się pomiędzy aż czternastoma lokalizacjami, codziennie przemierzając Warszawę w charakterystycznych białych studenckich czapkach z amarantowym paskiem, które obowiązkowo musiały wyglądać jak psu z gardła wydarte.
Na początku 1928 roku do warszawskiego akademika dotarł pilny telegram: „Przyjeżdżaj natychmiast, matka ciężko chora, konie w Radomsku”. Wśród dokumentów uniwersyteckich znalazłam zaświadczenie lekarskie z radomszczańskiego Szpitala św. Aleksandra, potwierdzające ciężki stan Anny Grzesiak, cierpiącej na chorobę serca. Trudno dziś powiedzieć, jak często przyszły lekarz musiał godzić naukę z troską o rodzinę, ale zachowane dokumenty pokazują, że droga do dyplomu wymagała od niego znacznie więcej niż tylko zdawania kolejnych egzaminów.
Władysław należał przy tym do ostatniego pokolenia studentów, które mogło uzyskać tradycyjny tytuł doktora wszechnauk lekarskich. Reformy studiów medycznych wprowadzone w latach dwudziestych stopniowo zastępowały go tytułem lekarza, a uzyskanie doktoratu wymagało dodatkowych praktyk. Można więc powiedzieć, że zdobył swój dyplom w ostatniej chwili.
Dyplom ten, napisany klasyczną łaciną i datowany na 21 czerwca 1928 roku, zachował się do dziś. Jego najistotniejszy akapit brzmi (po translacji):
Znakomitemu mężowi
WŁADYSŁAWOWI GRZESIAKOWI,
narodowości polskiej, pochodzącemu ze wsi Ostrołęka, z województwa łódzkiego, po tym, jak przez prawomocne egzaminy dowiódł swojej wiedzy i biegłości w sztuce medycznej, doktora wszechnauk lekarskich miano i zaszczyty oraz możność wykonywania sztuki zarówno medycznej i chirurgicznej, jak i oftalmologicznej oraz położniczej przyznajemy i na dowód tego niniejszy dokument pieczęcią Uniwersytetu poleciliśmy opatrzyć.
Podpisali się: Antoni Szlagowski (ówczesny rektor UW), Mieczysław Konopacki (dziekan Wydziału Lekarskiego) oraz Kazimierz Noiszewski (promotor pracy magisterskiej). Ciekawostką jest, że prof. Antoni Szlagowski był rektorem, ale i księdzem, i w tamtym roku jesienią otrzymał nawet sakrę biskupią, zatem jego specjalnością była raczej dbałość o ducha, a nie o ciało. Przylgnął do niego przydomek „kaznodzieja Warszawy”. Był ceniony przez studentów. W latach, gdy Władysław kończył studia, aktywnie wspierał działalność Bratniej Pomocy, popierał podania o zwolnienia z opłat i pomagał w organizowaniu pomocy dla uboższej młodzieży akademickiej. Studenci odwdzięczyli mu się, nadając tytuł honorowego opiekuna swojej organizacji.
Dziekan Wydziału Lekarskiego, prof. Mieczysław Konopacki, reprezentował natomiast zupełnie inny życiowy temperament. Był znanym anatomem i embriologiem, ale także wolnomularzem – I Dozorcą Wielkiej Loży Narodowej, oraz działaczem politycznym – założycielem Unii Narodowo-Państwowej w 1922 roku.
Natomiast promotor, prof. Kazimierz Noiszewski był jednym z najwybitniejszych polskich okulistów okresu międzywojennego, prezesem Polskiego Towarzystwa Okulistycznego, założycielem i redaktorem naczelnym czasopisma „Klinika Oczna”, a przede wszystkim konstruktorem elektroftalmu, jednej z pierwszych udanych protez oka.
Można więc śmiało powiedzieć, że na dyplomie Władysława Grzesiaka spotkali się biskup, mason i wynalazca.
Władysław Grzesiak, jako pełnoprawny lekarz o specjalizacji ogólnej, osiedlił się w Brzeźnicy Nowej, miejscowości, w której na świat przyszedł kilkaset lat wcześniej kronikarz Jan Długosz, i tam rozpoczął praktykę lekarską, zdobywając doświadczenie w pracy terenowej. Jednym z efektów tejże okazał się ślub. Ważną datę ujawnia dopisek na marginesie jego aktu urodzenia, dokonany przez księdza Zenona Cwilonga:
Lekarz Władysław Grzesiak zawarł związek małżeński z nauczycielką Władysławą Brożynówną w dniu 12 sierpnia 1929 r. w parafii Sąspów poczta Skała pod Ojcowem Kielecka ziemia.
Rzeczona Władysława Brożynówna była córką Franciszka i Marianny z Rosłońskich. Urodziła się 21 maja 1907 r. w Gliniku – najprawdopodobniej tym leżącym koło Gorlic, i zgodnie z patriarchalną tradycją była młodsza od męża o jedenaście lat. Nie mamy wielu informacji o tym małżeństwie, jedno tylko nie ulega wątpliwości: 3 listopada 1930 roku urodził się doktorostwu Grzesiakom syn Stanisław Leszek. Przez cały ten czas mieszkali niezmiennie w Brzeźnicy przy Placu Reymonta 4 i tam też Władysław prowadził swoją praktykę. Dom ten jest pamiętany nie tylko z adresu w dokumentach, ale i z zachowanych wspomnień i opisów jego wnętrza: kuchni, ozdobionej haftowanymi makatkami, oraz chłodnego gabinetu z oknami w białych, olejowanych ramach i z przeszklonymi szafkami, w których stały w rzędach emaliowane miseczki w kształcie nerki, słoje z masywnymi szklanymi korkami i błyszczące, budzące respekt narzędzia. To tam pewnego razu, po dokładnym obejrzeniu gardła z użyciem drewnianej szpatułki, pan doktor zdiagnozował u małego chłopca – mojego taty – świnkę. Podobnych wizyt było oczywiście więcej. W rodzinie panowało przekonanie, że jeśli choroba była poważna, najlepiej było jechać właśnie do niego.
Władysław jako lekarz domowy Ubezpieczalni Społecznej w Piotrkowie obejmował opieką nie tylko samą Brzeźnicę, lecz także okoliczne gminy: Brudzice, Pajęczno, Radziechowice, Rząśnię, Sulmierzyce oraz Zamoście.
Podejmował się również zadań z innych dziedzin, na przykład w 1933 roku został delegatem na ogólne zgromadzenie koła LOPP w Brzeźnicy, organizacji, która uczyła społeczeństwo obrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej oraz budowała obywatelską gotowość na czas wojny. Był również w latach 30-tych wiceprezesem brzeźnickiego ogniska Kolejowego Przysposobienia Wojskowego.
Co ciekawe, studenckie długi ciągnęły się za nim jeszcze kilka lat po opuszczeniu uczelni. Jesienią 1937 roku Uniwersytet Józefa Piłsudskiego upomniał się o zaległe, odroczone opłaty akademickie w wysokości 119 złotych. Władysław poprosił wówczas o rozłożenie należności na raty, tłumacząc swoją sytuację „ogólnym kryzysem i ciężkimi warunkami”. Wyrozumiała uczelnia przychyliła się do tej prośby.
W 1939 roku Niemcy włączyli Nową Brzeźnicę do Rzeszy i przemianowali ją na Berntal. Okupacja przyniosła miejscowości nie tylko nowy porządek administracyjny, ale też zniszczenia i grabież; miejscowy kościół zamieniono w hotel robotniczy i ogołocono z wyposażenia. W tych trudnych latach okupacji doktor nadal leczył mieszkańców okolicy, choć najwyraźniej nie udało mu się całkowicie uniknąć zainteresowania niemieckiej administracji. W lutym 1943 roku spędził tydzień w więzieniu w Wieluniu. Jakim przewinieniem sobie na to zasłużył, pozostaje zagadką.
18 stycznia 1945 roku do Nowej Brzeźnicy wkroczyła Armia Czerwona, a wraz z nią zaczęły się nowe czasy. Dla lekarza oznaczało to przede wszystkim mnóstwo pracy, bo po wojennej zawierusze okoliczna ludność potrzebowała nie tylko opieki medycznej, lecz także zwykłego poczucia, że ktoś czuwa nad jej codziennym bezpieczeństwem. Władysław Grzesiak prężnie działał społecznie – w końcu stanowił autorytet w lokalnej społeczności. Dłuższy czas piastował stanowisko przewodniczącego Powiatowej Komisji Zdrowia. Był także czynnym członkiem PCK, OSP oraz Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego.
Wiódł życie stateczne, dalekie od awantur i wielkich dramatów.
Jak wspominał jego szkolny kolega Hieronim Konikowski, autor niepublikowanego opracowania „Sulmierzyce z okolicą: Przeszłość i współczesność”, propagował oświatę zdrowotną i higienę, walczył z zabobonami i znachorstwem. Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, posiadał też inne odznaczenia. (…) Władysław Grzesiak zmarł 9 września 1975 roku. Jego pogrzeb był żałobną manifestacją, w której uczestniczyło dziesięciu księży, liczni mieszkańcy Brzeźnicy i okolic.
W tym miejscu mogłaby zakończyć się już opowieść o życiu Władysława Grzesiaka, o ile nie zamierzalibyśmy przejść do opisu życia pozagrobowego. Jednak ze smutkiem, a nawet zgrozą trzeba wspomnieć, że wdzięczność i szacunek okolicznej ludności nie uratowały jego zwłok przed profanacją. Po latach wydarzyło się coś, czego nie życzyłabym nawet najmniej lubianemu bohaterowi genealogicznych opowieści. Do rodzinnego grobowca na cmentarzu w Nowej Brzeźnicy włamali się złodzieje polujący na złote zęby i pozostawili po sobie ślady tak makabryczne, że trudno o nich pisać bez wzdrygnięcia. Można powiedzieć, że doktor – wbrew swojej woli – już po śmierci udzielił lekcji anatomii.

Anna Wojewoda-Damasiewicz
Autorka
10 sierpnia, 2026
Data publikacji